|
Magia wciąż działa! Jesienne Spotkania z Warmasterem (numer 7) już minęły. Bardzo szybko jak na tyle wspólnie spędzonego czasu. Grono zjawiło się zacne i w komplecie od razu w przeciągu piątkowego wieczoru – mieliśmy więc dużo czasu na różnorakie formy aktywności. Jasne, że o prymat toczyły nierówną walkę zajęcia figurkowe z zajęciami alkoholowymi – jak zwykle; jednakże czas znalazł się również na pogaduchy i na porządną porcję siatkówki w piątkową noc. W Banga też grali i to tak, że Grzehoo z Zorgiem popłakali się ze śmiechu, ale to już historia, którą musi opowiedzieć ktoś inny. Jako stary zgred po pięciosetowym meczu, gdy minął mi kac (a więc dobę po meczu), miałem zakwasy przez dwa dni – porażka. Ale grało się świetnie, zapijając w przerwach Jacowym bimbrem i piwkiem i kto spamięta czym jeszcze. Natomiast sobotnia pierwsza połowa dnia należała do ciężkich. Siatkówka nie obyła się niestety bez strat w ludziach, bo Zorg poważnie skręcił nogę i przez dwa kolejne dni raczył nas widokiem swej napuchniętej jak bania stopy. Przyjazna atmosfera, nieustanne popisy bejzkika w zakresie robienia z siebie i z innych głupka oraz szczere i skwapliwe zaangażowanie wszystkich uczestników w spożycie szerokiej gamy napojów wyskokowych zaowocowało wytworzeniem tego jakże unikalnego, niezwykle przyjaznego klimatu naszych spotkań. Wydaje się, że on właśnie jest głównym motorem, który wiedzie nas na kolejne wyprawy po kraju. (Choć nie obyło się bez kilku obrażonych min tu i tam...) Towarzystwo zadowolone, podchmielone, w stanie bardzo umiarkowanej rywalizacji przechodzącej czasem jedynie w zwykłą wymianę uprzejmości (coś tam na temat genitaliów, kopulacji, ale może źle zrozumiałem)… Sielanka. Bitwy owszem były, ja zagrałem nawet dwa razy, gdy po drobnej irytacji Jaco jednak postanowił zakończyć oficjalną swą obecność w turnieju już po pierwszej bitwie i utworzył jednoosobowy gabinet cieni do końca Spotkań. A że po raz chyba pierwszy cieszyliśmy się nieparzystą liczbą uczestników, zająłem po chwili tak lubianą przez wszystkich pozycję grającego sędziego. Absolutnie nie próbując wykorzystać nadarzającej się okazji – a więc przez zupełny przypadek – wylosowałem do gry Roberta, który pierwszy raz pojawił się na naszej imprezie, a grał w Warmastera drugi raz w życiu. Cóż, przeżyłem jakoś, ale ledwie – remis. Za to człowiek, którego poznałem – niezwykły; i oryginał jak się patrzy. Mam nadzieję, że zobaczymy go jeszcze na turnieju. A druga bitwa, już na spokojnie w niedzielę z Grzeheem, który zrobił mi ogromną przyjemność rzucając rękawicę. Dawno razem nie graliśmy, a przecież nasza ostatnia bitwa w Zabrzu należała do bardzo udanych i spokojnych. Teraz też bawiliśmy się doskonale, jednakże bogowie Chaosu odwrócili swe oblicza od dotychczasowego ich turniejowego pupila. Chyba Grzehoo przespał czas zarżnięcia kozy z rana albo z wieczora – nie wiem, ale rzuty miał mizerne. Wszystko poszło doskonale, ci którzy musieli, zdążyli zagrać trzy bitwy w sobotę, ci co nie musieli mieli wystarczająco czasu w niedzielę. Zwyciężył Kruger, drugi Kazjatar, a trzeci Grzehoo, a więc nużący standard. Ale za to tylko jedna osoba wygrała trzy razy (i tylko jedna trzy razy przegrała), poziom się wyrównuje – to pewne. Muszę przyznać, że pomimo tradycyjnego wyczerpania imprezą, czułem się znowu doskonale w trakcie jej trwania. I to w każdym momencie. Nawet tradycyjny już budzik Vincenta wzywający go na niewątpliwie odpowiedzialny odcinek jakiejś budowy ok. 5:30 (chyba z pięć razy, konsekwentnie przełączany przez rzeczonego w tryb drzemki), czy wszechogarniająca niemoc osiągająca poziomy śmierci klinicznej wczesnym sobotnim popołudniem nie wyprowadzały mnie z równowagi. Przecież po to tam przyjechałem. A więc drodzy czytelnicy: magia wciąż działa! Acha, pożytek z budzika był taki, że Vincent przestawał na chwilę chrapać. Getlord
|